W dniach 9-11 lutego odbyła się 25 edycja EOBC, czyli Otwarte Plażowe Mistrzostwa Europy. W związku z tym, iż miałem już przyjemność uczestniczyć z kilkoma kolegami w tej imprezie w latach 2012 i 2013, przez przypadek i dzięki koledze Łukaszowi udało mi się brać udział po raz trzeci w tym wydarzeniu wędkarskim, a szczegóły przedstawiam poniżej.
Styczniowa, popołudniowa, skopojna niedziela i nagle rozbrzmiewa telefon, a po drugiej stronie słychać: cześć Kropek...po kilku miesiącach przerwy odzywa się po drugiej stronie łączy klubowy kolega Łukasz, na codzień mieszkający w UK, który w kilku zdaniach przedstawia mi swój plan i zaprasza mnie do siebie abyśmy razem wystartowali w EOBC. Ufff propozycja fajna lecz ten start nie był zaplanowany na rok 2018. Trochę się wachałem ale już na drugi dzień miałem kupione bilety na samolot... no cóż człowiek to słaba istota jednak.
Był to chyba jeden z najszybszych moich zagranicznych wypadów na ryby, a wpłynęło na to idealne połącznie lotnicze i doskonale, logistycznie zorganizowany wyjazd, sprzęt, przynęty przez Łukasza. Ale do rzeczy...startuję z Gdańska 9 lutego w piątek i około 14:30 jestem juz w Leeds, Łukasz odbiera mnie z lotniska i jedziemy do niego do domu aby odrobinę odpocząć, zjeść obiad, omówić strategię, przepakować się i przygotowac się do wyjazdu na łowisko.
W związku z tym, iż EOBC to zawody otwarte, bez sektorów, typowych sędziów, a zawodnicy mają do dyspozycji około 100 km plaży na wschodnim wybrzeżu UK od Bridlington po cypel Spurn Head, a że w tegorocznych zawodach brało udział około 1100 wędkarzy, to niestety musieliśmy wyjechać około godziny 1:00 aby na zaplanowanej miejscówce być około 3:00 nad ranem i zająć odpowiednie miejsce na plaży. Do sobotnich i niedzielnych zmagań Łukasz wybrał znane mi łowisko w Dimlingotn na dość szerokiej, piaszczysto-kamienistej plaży z kilkunastometrowym klifem za plecami. Dodatkowo zapowiadane pływy oraz prognoza pogody sprawiały, iż nadzieje nasze na obfite połowy były dość spore. Po zajęciu miejscówek, rozbiciu namiotu, przygotowaniu sprzętu, mieliśmy jeszcze sporo czasu na rozmowy, analizowanie wody, strategii na łowienie, ponieważ gotowi bylismy już od 5:00 rano a zawody, czyli pierwsza tura rozpoczynała się o godzinie 9:00 i trwać miała do 15:00. Nawiasem mówiąc oprócz nas, bardzo szybko, pojawiło się na tej plaży wielu inych wedkarzy, którzy zajmowali kolejno miejsca po lewej i prawej stronie od naszego stanowiska. Na tych zawodach sędziami są sami zawodnicy, jeden dla drugiego. Każdy posiada swoją, imienną kartą startową w której wpisuje złowioną rybą,a potwierdza ją zawodnik łowiący obok. Stąd też, z tych właśnie zawodów w 2012 roku urodził się w mojej głowie pomysł stworzenia KLS-u w Polsce z takimi kartami zawodników i takim systemem sędziowania.
Ale do rzeczy...Jesteśmy przygotowani, czekamy na oficjalny start ale pogoda nas nie rozpieszcza, a miało być tak fajnie. Mamy ciśnienie 996 hPa, zachmurzenie umiarkowane, tem. 1,2 a planowany południowo-zachodni wiatr, który teoretycznie miał wiać w plecy wieje nam wzdłuż plaży prawie 60km/h, co daje nam odczuwalna temperature około -10 stopni. Ubrani na tzw "cebulkę", rozgrzewamy się kawką, siedząc schowani pod namiotem i czekając na godzinę 9:00. No i zaczynamy łowienie. Mamy szczyt odpływu co zmusza nas na wejście do wody i przejście wypłycenia na prawie 150 metrów od naszego namiotu aby dokonać pierwszych rzutów.
Pierwsze zestawy w wodzie na moich haczykach piaskówki i kalmary, a u Łukasza piaskówka i specjalnie przygotowane mięso z kraba. Wykonujemy jeszcze kilka podobnych spacerów po wypłyceniu aby zarzucić zestawy i po około 90 minutach u Łukasza melduje sie dorsz, niestety niewymiarowy. Po kilkunastu minutach sąsiad z prawej ma dorsza miarowego. Zaczyna się przypływ, który utrudnia te nasze spacery i zmusza nas do szukania płaskich ryb w tzw pierwszym dołku i przeczekania aż stan wody się podniesie. No i cały czas wieje... Te próby pomimo przypływu, zmiany przynęt, zestawów i ciągłej pracy z wędkami niewiele nam daje oprócz zmęczenia od wiatru i panujacej odczuwlnej minusowej teperatury. Zbliża sie koniec tury, wody przybyło juz sporo bo przypływ mamy prawie w szyczcie. Wykonujemy jedne z ostatnich rzutów na dość spore odległości i powoli zaczynamy zwijać sprzęt. Ostatnie rzuty okazały się trafione, ponieważ Łukasz łowi dorsza, a ja witlinka. Niestety tego dnia nie było nam dane złowić miarowe ryby. Przemarznięci, zmęczeni i z dużym niedosytem połowowym wracamy do motelu aby odpocząć po naprawde ciężkim dniu. Na chwilę dosłownie meldujemy się z bazie zawodów zby zjeść kolację i sprawdzić jakie były sobotnie wyniki ale odrobinę się spóźniamy i do końca nie wiemy nic na temat wyników, a że zmęcznie daje się nam we znaki, to postanawiamy udać się do motelu, ponieważ za kilka godzin znów pobódka w nocy i do ataku....
Niedziela, budzik dzwoni o 3:00 i czas aby się zbierać ale moja kondycja fizyczna i psychiczna nie jest w najlepszy stanie ale cóż nie przyjechałem tutaj dla przyjemności tylko powalczyć. Okazuje się że Łukasz również odczuł mocno wczorajszy dzień, a oprócz tego boryka się z bólem stopy. Ale nic, uparci z nadzieją na lepszy dzień ruszamy w drogę. Na miejsce dojeżdżamy około 4 nad ranem i pstanawiamy trochę jeszcze poczekać w aucie żeby niepotrzebnie nie marnować sił i nie marznąć. Około 6:00 ruszamy ze sprzętem na to samo łowisko i stanowisko, rozbijamy namiot, przygotowujemy sprzęt. Prognoza pogodowa zapowiada sie obiecująco, ponieważ zapowiadali wiatr zachodni od lądu, czyli za naszymi plecami, ciśnienie 1025 hPa i tem. 3,7 stopnia. Okazuje się że wiatr niestety ale wieje znów wzdłuż plaży i klifu ale od północy, na szczęście jest słabszy niż w sobotę i pojawia się słońce które daje więcej ciepła.
Zaczynamy o 9:00 na ponownie na odpływie ale stan wody jest w niedzielę niestety wyższy o prawie 50cm, co nie pozwala nam na brodzenie w celu dokonani aodpowiednich rzutów, udaje na się to tylko raz, a potem woda jest już za wysoka. Mimo to dwoimy się i troimi, zmieniamy zestawy, stosujemy piaskówki, kalmary, kraby. Łukasz poluje na dorsza, a ja szukam fląder. Niestety około godziny 13 stwierdzamy, iż będziemy musieli się poddać, ponieważ do szczytu przypływu zostało jeszcze jakies 120 minut, a fale powoli zbliżają się do naszego namiotu, który był rozbity tylko 2-3 metry od klifu. I tak około 13:30 kończymy rywalizację w niedzielę i jednocześnie całe zaowdy.
Zadowoleni że przetrwaliśmy te dwa dni w trudnych warunkach, trochę zawiedzeni wynikami ale z uśmiechami na twarzy z udanej przygody udajemy się do motelu, a następnie na uroczystość zakończenia 25 edycji EOBC. Następnie powrót do motelu, trochę snu i czas aby w poniedziałek o 6 rano wyjechać na lotnisko, ponieważ o 9:30 miałem juz samolot do Gdańska. I tak oto zakończyła się moja szybka weekendowa przygoda wędkarska po raz trzeci na EOBC. Pomimo trudnej pogody, ciężkiego łowienia, małej ilości snu, a co za tym idzie dość dużej ekspoloatacji organizmu fizycznie i psychicznie, wyjazd zaliczam do udanych, bo miło było się spotkać z klubowym kolegą, który praktycznie zaplanował cały weekend idealnie. Dziękuję Łukaszu za wszytko i mam nadzieję, że kiedyś będę mógł się odwdzięczyć.
| Miejsce |
Zawodnik |
Miejscowość |
Sobota |
Niedziela |
Suma |
| 1st |
Paul Medd |
Peterborough |
4630 |
1135 |
5765 |
| 2nd |
Jeff Taylor |
North Frodingham |
815 |
2775 |
3590 |
| 3rd |
Chris Fisher |
Aldbrough |
455 |
2950 |
3405 |